Recenzja – biblionetka.pl

belka

„Ze słów bohaterów promieniuje czysty autentyzm; jeśli nawet nie znamy osobiście nikogo przypominającego akurat Wiktora, Piotra czy Zbigniewa, nie mamy wątpliwości, że każdy z nich istnieje, ba, istnieje po wielekroć, w różnych krajach, różnych miastach, i istniał także piętnaście, pięćdziesiąt, sto lat temu, tylko wtedy do wyrażenia podobnych myśli używał innego języka”.

Życie jest dzisiaj zupełnie inne niż sto, niż pięćdziesiąt, ba, niż piętnaście lat temu. Pod tym stwierdzeniem mogłoby się podpisać jakieś osiemdziesiąt procent mieszkańców Ziemi, a przynajmniej regionów bardziej rozwiniętych technologicznie. Ale piętnaście, pięćdziesiąt, sto lat temu znalazłoby ono pewnie tyle samo zwolenników. Bo świat wokół nas niezmiennie się zmienia. I czy ta zmiana polega na tym, że ktoś nauczył innych na podstawie cienia wbitego w ziemię patyka określać upływ czasu, czy na tym, że nie wychodząc z domu można rozmawiać równocześnie z czterema osobami przebywającymi na czterech pozostałych kontynentach – zawsze znajdą się ludzie zagubieni, sfrustrowani, daremnie szukający celu i sensu istnienia.

Na przykład w drugiej dekadzie XXI wieku, w Krakowie (co w tym przypadku nie ma istotnego znaczenia, mógłby to być równie dobrze Petersburg, Houston albo Rio de Janeiro, bo miejsce akcji – odrealnione, niewidoczne – da się zidentyfikować tylko na podstawie lakonicznych wzmianek w monologach bohaterów). Jest ich trzech. Powiedzmy o nich parę słów w takim porządku, w jakim pojawiają się na scenie.

Wiktor, „przystojny, zdrowy, opalony. Papierosami, ale to zawsze coś”[1], wykłada na uczelni; nieważne, jakiej i nieważne, co – on sam chyba też nie przywiązuje wagi do tego, czy „doktoraty, referaty, prelekcje, prezentacje”[2] dotyczą historii starożytnej, czy fizyki teoretycznej, ot, praca jak każda inna. Ma czterdzieści sześć lat, żonę, dwóch synów, z których jeden cierpi na zespół Downa. Nie, to złe określenie, Grzegorz nie cierpi, bo nie zdaje sobie sprawy, że powinien; jest pogodnym dorosłym dzieckiem, któremu nie przeszkadza wymuszona litość albo natarczywa ciekawość w spojrzeniach obcych ludzi, nie doskwiera ból istnienia ani troska o byt. (Nie bardzo wiadomo, czemu autor ubrał go w zupełnie nietypową konfigurację objawów: Grześ „mówi »mamuśka« i »tatusiek«”[3], lecz „nigdy nie było mu dane stanąć na własnych nogach […] że czuje, to wiemy. Jeśli, podtrzymując jego bezwładne ciało, za mocno się przyciśnie, na twarzy wymalowuje się emocja”[4]. Sama trisomia 21 nigdy nie powoduje tego rodzaju niepełnosprawności; dzieci z zespołem Downa znacznie później nabywają umiejętności motorycznych, na zawsze pozostają nieco niezgrabne i mogą nigdy nie nauczyć się mówić, ale jeśli nie cierpią na dodatkowe schorzenia układu nerwowego – o czym żadnej wzmianki w opowieści Wiktora nie ma – nie zdarza się, żeby nie chodziły, a tym bardziej bezwładnie leżały). Cierpi Wiktor, myśląc, kto zatroszczy się o Grzesia, gdy jego i żony zabraknie (nie ma się co dziwić: nawet jeśli statystyczna długość wieku rośnie, wcale nie brak ludzi, którzy umierają zaraz po pięćdziesiątce, zwłaszcza jeśli żyją w przewlekłym stresie), rozważając kwestię „kary” w postaci narodzin chorego dziecka („Czy to (…) oznacza, że kochałem za słabo?”[5]) i konstatując, że choć te nie doprowadziły, jak często bywa, do rozpadu małżeństwa, to jednak ono „po prostu zanika”[6], rozpływa się w monotonii codzienności. A Wiktor w swoich oczach staje się mały, nieważny, pozbawiony wpływu na własną (i czyjąkolwiek) przyszłość.

Piotr i Zbigniew należą do całkiem innego pokolenia; na upartego obaj mogliby być dziećmi Wiktora, zaś już na pewno jego studentami (może zresztą któryś z nich trafił kiedyś na jego prelekcję czy seminarium, kto wie, ale na pewno go nie zapamiętał na tyle, żeby to mogło mieć jakieś znaczenie).

Ten pierwszy jest gejem, właśnie przeżywającym gorycz porażki: opuścił go partner, z którym wiązało go uczucie silniejsze niż jakiekolwiek wcześniej. Tłum dużego miasta gwarantuje mu wystarczającą anonimowość, ochronę przed ostracyzmem, na jaką nie mógłby liczyć w rodzinnej miejscowości, lecz nie rozwiązuje problemu samotności (samotny sensu stricto Piotr nie jest, oddana przyjaciółka stale tkwi przy jego boku, lecz „po co komu nadchodzące lato bez miłości?”[7]). Jego życie wypełniają po równi egzystencjalne dyskusje z Leną, analiza nieistniejącego już związku z Łukaszem i próby poszukiwania nowej miłości – jak przystało na epokę elektronicznych mediów – za pośrednictwem stosownego serwisu internetowego.

Miłości szuka również Zbyszek, a raczej szukałby, gdyby nie był już do głębi zniechęcony wcześniejszymi usiłowaniami i nie miał tak głęboko zakorzenionego przekonania o własnej nicości. Prawda, że nie ma się biedak czym chwalić – „z mżawką zamiast burzy [włosów], zakolami, kilogramami, (…) niski jak schorowany Chińczyk, w okularach, które wyglądały jak skrzyżowanie teleskopu z ramą od roweru”[8], z wykształceniem co prawda wyższym, ale z niższej półki („pan inżynier, nie magister”[9] – i nawet z własnego imienia nie jest zadowolony („Zbysiu to ewidentnie zemsta za poród kleszczowy”[10]), ale czy imię albo wskaźnik masy ciała mają jakikolwiek wpływ na to, że ktoś sobie nie radzi „z sobą, z nią, z nim, z nimi, z tobą, z wami, z życiem”[11]? Zwłaszcza że tusza jest nie przyczyną, lecz skutkiem nieradzenia sobie z niczym i zajadania porażek tym, co w rękę wpadnie…

Płyną strumienie świadomości trzech mężczyzn, płyną, i chociaż może nas nurtować ciekawość, czy w końcu się zetkną i w jaki sposób, w gruncie rzeczy wiemy, że rozwiązanie fabularne ma tutaj mniejsze znaczenie (i całe szczęście, gdyż to, które autor wybrał, sprawia wrażenie, że nagle zabrakło mu pomysłu, co dalej, więc zaimprowizował… wielkie „bum!”) niż prezentacja trzech różnych – przykładowych, bo przecież mogłoby ich być i tuzin – profili psychologicznych, których wspólnym mianownikiem jest poczucie niemożności, biernego tkwienia w gęstej mazi upływających dni, niewiary w odmianę losu. Ze słów bohaterów promieniuje czysty autentyzm; jeśli nawet nie znamy osobiście nikogo przypominającego akurat Wiktora, Piotra czy Zbigniewa, nie mamy wątpliwości, że każdy z nich istnieje, ba, istnieje po wielekroć, w różnych krajach, różnych miastach, i istniał także piętnaście, pięćdziesiąt, sto lat temu, tylko wtedy do wyrażenia podobnych myśli używał innego języka…

No właśnie, język! To on jest słabością „Zdobywców oddechu”, sprawia, że monologi i cytowane w nich wypowiedzi innych osób – zamiast budzić żywe emocje, zamiast przywoływać na myśl analogiczne kreacje postaci z innych obszarów literatury – napełniają czytelnika poczuciem przesytu i irytacji. Kłosowicz skutecznie zademonstrował, że potrafi żonglować odniesieniami popkulturowymi i grą skojarzeń, szczególnie upodobawszy sobie zabawę w homonimy. I gdyby tą specyficzną manierą przemawiał tylko jeden z bohaterów, byłoby świetnie; jednak z chwilą, gdy identycznie wysławia się kilka osób w różnym wieku, pochodzących z różnych środowisk, nasuwa się myśl, że albo autorowi zabrakło słuchu językowego, pozwalającego na indywidualizację wypowiedzi, albo celowo potrzebę indywidualizacji zlekceważył, pragnąc wykorzystać wszystkie igraszki słowne i bon moty, które mu w trakcie pisania wpadły do głowy. Spróbujmy bez zaglądania do książki odgadnąć, którą z poniższych fraz wypowiada Wiktor, Zbigniew, Piotr, Marek (nowy in spe partner tego ostatniego), Lena, matka Andżeliki (dawnej dziewczyny Zbyszka), bezimienna staruszka w autobusie:

„Cała rodzina tak stukała, można by pomyśleć, że stuknięci”[12]; „Guru? Dołu raczej”[13]; „Jak Cyganka, szamanka jakaś, bo wy tylko patrzycie coś szamać”[14]; „Nie ukrywam, że w związku z brakiem związku dół, bo doły”[15]; „To przechodzi ludzkie pojęcie. Ale grzecznie, na zielonym świetle”[16]; „Na dzień przedwczorajszy stan posiadania przedstawiał się zgoła inaczej. Z naciskiem na goła”[17]; „Zegar tyka, a mnie się nikt nie tyka”[18]; „Czasami mam moc, a niekiedy tylko koc”[19]. Da się? No właśnie…

Jeśli nawet bohaterowie zaprzestają chwilowo słownego dowcipkowania, w dialogach posługują się stylem, jakiego nikt w normalnej rozmowie nie użyje: „Kiedy miasto szepcze moje imię, wiem, że najlepiej nie wychodzić z domu, bo nim wrócę, wskazówki zegara zdążą się przegonić po tarczy ze dwa razy. Ale idę w noc!”[20]; „Niestety oczekuję od siebie, że co powiem, to same mądrości, do wytatuowania na zwieńczeniu kręgosłupa, tuż nad pośladkami”[20].

A w tych „samych mądrościach” gubi się to, co naprawdę w tej powieści mądre. Szkoda.


[1] Przemysław Piotr Kłosowicz, „Zdobywcy oddechu”, wyd. Novae Res, 2016, s. 19.
[2] Tamże, s. 192.
[3] Tamże, s. 196.
[4] Tamże, s. 87.
[5] Tamże, s. 84.
[6] Tamże, s. 144.
[7] Tamże, s. 189.
[8] Tamże, s. 91.
[9] Tamże, s. 115.
[10] Tamże, s. 91.
[11] Tamże, s. 45.
[12] Tamże, s. 191.
[13] Tamże, s. 165.
[14] Tamże, s. 65.
[15] Tamże, s. 71.
[16] Tamże, s. 15.
[17] Tamże, s. 173.
[18] Tamże, s. 71.
[19] Tamże, s. 196.
[20] Tamże, s. 93.
[21]Tamże, s. 137.

Autor: Przemysław Piotr Kłosowicz wyd.
Tytuł: Zdobywcy oddechu
Wydawnictwo: Novae Res, 2016
Liczba stron: 200

Ocena recenzenta: 3/6

Źródło: http://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=1010939

Reklamy