Recenzja – wielbicielka-ksiazek.blogspot.com

belka
Bez wątpienia autem tej pozycji są bardzo bezpośrednie, szczere, wyrażane bez owijania w bawełnę, nazywane po imieniu, a chwilami brutalne spostrzeżenia, myśli i konkluzje. Wiele zdań czy wniosków na przeróżne zagadnienia dotyczące wyznania, statusu społecznego, orientacji seksualnej, polityki, seksu, wiary, choroby, macierzyństwa, małżeństwa, rodziny, roli kobiet, a nawet samej egzystencji były wypowiadane wprost, z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Niekiedy pewne używane słowa czy wyrażenia były dla mnie wielkim zaskoczeniem.

„Warto cokolwiek! W życiu warto cokolwiek, choćby chodzić i oddychać, sięgać po coś z półki albo siedzieć na krześle w kuchni i wpatrywać się w okno. Byle być, bo za chwilę może się okazać, że jestem po coś. Gdybym wczoraj nie spróbował dotrzeć tu, gdzie jestem dziś, nie byłoby jutra. Możesz niewiele. Ale jeśli pozbędziesz się zaledwie trzech liter z tego krótkiego zdania, wszystko się odmieni.”

„Zdobywcy oddechu” to książka, którą chciałam przeczytać, odkąd zaczęła przewijać się o niej wzmianka. Zaintrygowała mnie nie tyle sama okładka, co przede wszystkim jej opis. Wydawało mi się, że to będzie jedna z tych wymagających i refleksyjnych powieści. Jednak, gdy już pojawiła się na rynku wydawniczym, postanowiłam najpierw zapoznać się z jej pierwszymi opiniami, a dopiero potem podjąć decyzję o jej lekturze. Jej oceny były różne, ani pozytywne ani negatywne, ale na pewno mnie zaciekawiły na tyle, że w końcu się na nią zdecydowałam. Czy to był słuszny wybór? Czy wywarła na mnie wrażenie przekazana w niej historia? Czy to udany debiut literacki? Zapraszam na moją opinię 🙂

Przemysław Piotr Kłosowicz (ur. 1987) – pochodzi z gminy Jedlicze. Ukończył pedagogikę społeczno-opiekuńczą na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mieszka i pracuje w Krakowie. Ma porażenie mózgowe i adoptowanego ze schroniska kota, choć uważa, że ten drugi fakt ma na jego życie większy wpływ. „Zdobywcy oddechu” to jego debiut literacki.
„Zdobywcy oddechu” to trzy historie opowiedziane z perspektywy trzech mężczyzn w różnym wieku i z różnymi życiowymi doświadczeniami i przeżyciami.
Wiktor Mazur to czterdziestosześcioletni wykładowca wyższej uczelni, od zawsze marzący o byciu pisarzem. Jest mężem Gośki i ojcem dwóch synów: młodszego Grzegorza z zespołem Downa oraz starszego Konrada. Wynajmują mieszkanie w Krakowie. Od dłuższego czasu Wiktor zmaga się z depresją. Nic go nie zadowala, nie cieszy, negatywnie ocenia studentów, ludzi w ogóle i politykę. Teściów nie darzy sympatią za skąpstwo i brak jakiejkolwiek pomocy, siebie obarcza winą za chorobę syna, a jazdę autobusem uważa za upokarzającą.
Piotr do dwudziestosiedmioletni pracownik korporacji, który ze względu na odmienną orientację seksualną musiał przenieść się z rodzinnej prowincji do wielkiego miasta, jakim jest Kraków. Przeżywa właśnie rozstanie ze swoim byłym partnerem. I tylko dzięki wieloletniej przyjaciółce Magdalenie (zwanej Leną) oraz jej koleżankom jakoś jeszcze się trzyma, bynajmniej się stara. Często prowadzą długie rozmowy o miłości, seksie, śmierci oraz religii.
Zbigniew to ponad dwudziestopięcioletni inżynier, który twierdzi, że jego jedynym hobby jest jedzenie węglowodanów, a największym osiągnięciem – przyjście na świat. Uważa, że jego matka jest toksyczna, a ojciec uległy i posłuszny. Przyjaźni się z Kamilem. To mężczyzna samotny, zakompleksiony, niepewny siebie, zamknięty w sobie, nieszczęśliwy, a przede wszystkim pragnący miłości.
Czy Wiktor poradzi sobie z depresją i odnajdzie sens życia? Czy Piotr przestanie kryć się ze swoją orientacją seksualną? Czy Zbigniew znajdzie miłość swego życia i pozna smak szczęścia? Jak potoczą się dalsze losy mężczyzn?
Zawsze, gdy nie wiadomo, od czego zacząć, to najlepiej – od początku. Zatem postanowiłam zacząć od okładki, którą uważam za oryginalną, stonowaną, przyjemną dla oka, interesującą, przyciągającą uwagę oraz zdecydowanie zachęcającą do tego, aby poznać zawartość książki (bynajmniej w moim odczuciu). Poniekąd też jest chłodna, zimowa, refleksyjna i wydaje mi się smutna, a nawet depresyjna (zresztą tak, jak przedstawione w niej opowieści). Ogólnie oceniam ją bardzo dobrze, tym bardziej, że idealnie współgra z treścią i przybiera moją ulubioną kolorystykę.
Przechodząc do stylu pisania i samej fabuły, to trzeba przyznać, że na pewno książka ma potencjał, a pomysł na nią był jak najbardziej trafiony. Niestety już troszkę gorzej z wykonaniem, a może mi się tylko wydaje i taki w sumie miał być zamysł. Prawdę mówiąc mam mętlik w głowie, a moje odczucia po jej lekturze są niewątpliwie bardzo skrajne. Już sam początek, czyli jakieś pierwsze kilka stron był dla mnie trudny w odbiorze ze względu na krótkie zdania, czasem tak jakby wyrwane z kontekstu. Miałam wrażenie, jakbym czytała zapis pojedynczych myśli, pozbawionych ładu i składu, co zdecydowanie wprowadzało chaos i ciężko się przez nie brnęło. Praktycznie pierwsze kilkadziesiąt stron męczyłam, a przecież liczy ona zaledwie dwieście stron. Nie mogłam się przyzwyczaić do stylu pisania – zresztą bardzo pomieszanego i zastosowanego języka – niby prostego, niebanalnego, wyrazistego, a jednak momentami niezrozumiałego. Dopiero później się nieco do niego przystosowałam i nawet poniekąd wciągnęłam w całą historię i wówczas lepiej szło mi czytanie tej książki.
Bez wątpienia autem tej pozycji są bardzo bezpośrednie, szczere, wyrażane bez owijania w bawełnę, nazywane po imieniu, a chwilami brutalne spostrzeżenia, myśli i konkluzje. Wiele zdań czy wniosków na przeróżne zagadnienia dotyczące wyznania, statusu społecznego, orientacji seksualnej, polityki, seksu, wiary, choroby, macierzyństwa, małżeństwa, rodziny, roli kobiet, a nawet samej egzystencji były wypowiadane wprost, z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Niekiedy pewne używane słowa czy wyrażenia były dla mnie wielkim zaskoczeniem. Chyba nie spodziewałam się w tejże powieści takiego prostolinijnego i niepohamowanego sposobu określania i wyrażania pewnych przemyśleń, wniosków czy stanowisk w konkretnych kwestiach. Muszę przyznać, że wiele z tych stwierdzeń było naprawdę celnych, prawdziwych i uświadamiających. Bywały momenty, że na mojej twarzy zagościł lekki uśmiech, czasami niektóre wzmianki mnie zwyczajnie bawiły (choć prawdę mówiąc nie było do końca z czego się śmiać – nie potrafię jaśniej tego ująć, musicie sami się przekonać), ale były też chwile, kiedy pojawiał się smutek czy zakręciła się łezka w oku.
„Zdobywcy oddechu” to krótko mówiąc opowieść o życiu z punktu widzenia trzech mężczyzn, których różnią przede wszystkim wiek, pozycja, wykształcenie, status materialny, status rodzinny i społeczny, poglądy, problemy codzienne, rozterki oraz podejście do pewnych spraw. Jednocześnie wiele ich łączy, każdy z nich bowiem prowadzi walkę z samym sobą, walkę z depresją i myślami samobójczymi, walkę o chęć do życia. Każdy z nich pragnie przestać czuć się tak bardzo samotnym (mimo, iż otaczany jest bliskimi), każdy z nich chce wreszcie odnaleźć wewnętrzny spokój i szczęście, a także dostrzec to, co nadaje jeszcze sens ich życiu i to coś, co sprawia, że jednak jest ono wyjątkowe. W każdym z nich jest jakaś mała iskierka nadziei na to, że będzie lepiej. Tylko po prostu muszą ją dojrzeć i poczuć.
„Zdobywcy oddechu” to między innymi opowieść o radzeniu sobie z rozstaniem z ukochaną osobą, opiece nad chorym dzieckiem, o utracie pewności siebie, życiu w poczuciu winy, o samotności, śmierci, sile przyjaźni oraz miłości. To refleksyjna, nostalgiczna, smutna, niezwykle życiowa i jakże prawdziwa powieść. Uważam, że pomimo kilku mankamentów i niedociągnięć, warto po nią sięgnąć. Ja osobiście nie żałuję poświęconego na jej lekturę czasu (choć początkowo było ciężko). Bowiem to książka z przekazem, niejednym przesłaniem, z której każdy może wynieść jakąś naukę i wyłuskać coś dla siebie. Polecam.
 Cytaty:
 „Moje życie ma coś na kształt sensu.
Tak sobie powtarzam, by uwierzyć.
Nigdy nie mieć siebie dość – to chyba jedyna recepta na szczęście.
Nie siebie nawzajem z drugą osobą, bo szczęście to przecież nie tylko związki.
Nie mieć dość samego siebie. Kochać się w sobie.”
 
 
„Miłość to śmierć wyrażana czułymi gestami i uniesieniami.
Serce w korze wyryte nie pompuje przecież krwi.
Niejedno drzewo już się w młodości poraniło…”
„(…) Kiedy ktoś kocha cię wprost i bez ogródek,
nie można już tak samo patrzeć przez szybę na miasto.
To jest już wasze miasto.
Mijany blok, kolejne przystanki, sklepy,
nawet kosze na śmieci są elementem wspólnego życia.”
„- Dalej jest „dalej”. Rozumiesz? 
Może nawet trochę dalej, niż nam się wydaje.
„Dalej” nie jest ani teraz, ani za trzy dni, ani nawet za tydzień.
„Dalej” jest daleko i zanim zaczniemy się nim przejmować,
najpierw zrozumiemy, że naprawdę jesteśmy tej oddali ciekawi.
Wtedy po prostu naturalnie będziemy na nią gotowi.”
„(…) Przecież mogę być, kim zechcę: 
pisarzem, narzeczonym, szczęśliwym człowiekiem.
Bo wszystko w życiu jest po coś. 
Nawet ja.”
„(…) Żyć wypada, skoro się już człowiekowi urodziło,
choć nikt go o zdanie nie pytał.”
„(…) W życiu trzeba być bardzo szczęśliwym albo cholernie smutnym, 
ale na pewno nie wolno żyć jako tako.
Na granicy radości i smutku jest nijakość i stagnacja.”
„(…) Człowiek człowiekowi wilkiem,
bloger blogerowi blogiem.”
„(…) Jedni mają swoje carpe diem, inni wzmacniają się tym, co ich nie zabiło,
ja mam swoje grzech nie wziąć„.
„(…) Piwo można wypić jedno i pod byle pretekstem uciec z baru.
Kawę można wypić w pośpiechu rano, po niezłym, przypadkowym seksie,
spiesząc się na autobus do pracy.
Ale herbatę?! Na herbatę trzeba czasu.
Do herbaty trzeba nie ciasta, a rozmowy.
Herbata oznacza zaangażowanie.”
„(…) Przez całe życie tak bardzo staramy się być najlepsi, wyjątkowi
i jedyni w swoim rodzaju, że sami sobie jesteśmy winni.
Nie chcemy pozostać sobą.
Staramy się bardziej i bardziej, aż zapominamy,
że już kiedyś byliśmy w porządku.
Porządkujemy jednak nasze życie dalej, aż coraz mniej zostaje z dawnych nas.”
„(…) Zawsze należy snuć plany na przyszłość,
nawet gdyby owej przyszłości zostało niewiele.
Dzięki temu wciąż do czegoś dążymy.”
„(…) Czasami życiu nie należy przeszkadzać w toczeniu się.
Podobno każdy ma nie to, na co sobie zasłużył, ale to,
na co się odważył.”
„(…) Życie do złudzenia przypomina gotowanie.
Po dodaniu składników takich jak opiekuńczość, dobroć, bliskość,
czułość i tak dalej okazało się, że nie takiego smaku oczekiwałeś.”
„(…) Nie boją się tylko ludzie niebiorący za nic odpowiedzialności.
Gdy masz co stracić, boisz się stracić.”
Reklamy