O tym jak narodzili się „Zdobywcy oddechu” – czyli krótka rozmowa z „ojcem” debiutanckiej powieści – P. P. Kłosowiczem

Kasia.jpg

Dzień dobry, na wstępie chciałabym jeszcze raz podziękować za możliwość udzielenia odpowiedzi na kilka moich pytań. 

Co sprawiło, że zaczął Pan pisać?

Mnożące się w mojej głowie zdania. Dementuję jednak plotkę, że słyszałem głosy 😉 Zacząłem zapisywać swoje przemyślenia, bo chciałem je po prostu zarchiwizować, by po jakimś czasie wrócić do nich i popatrzeć na swoje rozterki z dystansem, zobaczyć rozwój. To na swój sposób budujące. Gdyby Państwo zaczęli notować to, co was frapuje, po kilku latach, a może nawet miesiącach, uśmiechnęlibyśmy się Państwo nawet najczarniejszych myśli z danego okresu. Tak powstał mój blog, pisany przez kilka lat. Wcześniej napisałem powieść, której nie udało się wydać. Ponieważ blog zyskał stałych czytelników, którzy namawiali mnie na większą formę, poddałem się temu i kilka lat później postawiłem ostatnią kropkę w „Zdobywcach oddechu”. Jak się potem okazało kropka ta zniknęła, bo zwrot „The koniec.” nie podobał się wydawcy. Taki tam mały backstage pracy nad książką 😉

Skąd wzięła się inspiracja do napisania „Zdobywców oddechu”?


Powiedziałem niedawno w jednym z wywiadów, że ludzie nie o wszystkim są skłonni powiedzieć, ale o wszystkim mogą pomyśleć. Główną inspiracją była chęć napisania tekstu szczerego, bez konwenansów i ograniczeń. Między innymi dlatego bohaterowie swobodnie skaczą z tematu na temat, bo przecież nasze myśli też nie idą jednym torem, nie trzymamy się w nich ściśle jednego wątku. „Zdobywcy oddechu” to przedstawienie tego, co ludzie mają w głowach, ale o czym boją się powiedzieć drugiemu człowiekowi. Gdybym chciał określić ten tekst delikatnie, powiedziałbym, że to kociołek, w którym bulgoczą różne składniki. Tak naprawdę jednak od samego początku chciałem napisać książkę, która będzie emocjonalnym pawiem, toksyną w torsjach wyrzucaną z organizmów fikcyjnych bohaterów, którym ewidentnie nie miał kto przytrzymać włosów nad muszą, w której nie słyszeli szumu morza. W takich właśnie momentach naszego pseudo idealnego życia jesteśmy naprawdę sobą, bez udawania, bez masek. Choćby tych z glinki. Inspiracją byli ludzie. Chropowaci, prawdziwi, ze wszystkimi przywarami jakie tylko dostępne są na rynku.

„Zdobywcy oddechu” napisani są niebanalnym językiem…

Wiem, że język w powieści jest bardzo specyficzny. Pojawiły się opinie, że to celowe silenie się na odmienność, swoiste pozerstwo, jednak ja i moi znajomi naprawdę używamy słów „gdyż”, „iż”, „albowiem”. Używamy też zwrotów powszechnie uważanych za obelżywe, ale o tym sza. Pisząc miałem dwa założenia. Pierwsze – nie ograniczać się. Stąd w książce tematy ciężkie, jak narodziny chorego dziecka, czy depresja, obok tematów lekkich, takich jak czerpanie przyjemności z seksu, czy z jedzenia. Drugi cel – odnalezienie w polskim swojego polskiego. Można pisać nieskomplikowane zdania, tylko po co? Masłowska, Dehnel, czy Janko to moi literaccy idole. Gdyby nie podpisali swoich tekstów i tak każdy wiedziałby, że to ich zdania. Chcę dorównać najlepszym, choć fabularnie mam jeszcze sporo do nadrobienia.

Są tacy autorzy, którzy jak zaczną pisać, to idą jak burza. Czytałam kiedyś w jednym z wywiadów z Remigiuszem Mrozem, że przeznacza on na pisanie kilka godzin dziennie, traktując to prawie jak pobyt w pracy (tyle, że przyjemniejszy).  A jak u Pana wyglądał proces powstawania książki?

Moje teksty to mozaika, stale dokładam jakieś małe elementy do już powstałego tekstu, przez co „Zdobywcy oddechu” powstawali kilka lat. Podobnie rzecz ma się z drugą powieścią, nad którą pracuję obecnie. Nie potrafię zmusić się do pisania. Zdarza mi się przez pół roku nie zaglądać do pliku z powstającą książką. Jestem oczywiście o to na siebie wściekły, ale dokumenty do ZUS-u, czy innego Urzędu Skarbowego też wypełniam na raty, więc najwidoczniej taki ze mnie typ człowieka. Broń boże nie chodzi o wenę, po prostu jeśli nie wisi nade mną konkretny deadline, zawsze jest jakieś „kiedyś” i „potem”. Małe partie tekstu wysyłam do siebie smsem. Wklejam je potem w najbardziej zbliżony klimatem fragment powiesi i tak powolutku, scalając, posuwam się do przodu. Jest oczywiście rozpisany w osobnym pliku konspekt całej powieści, by nie odjechać zupełnie od założeń i nie doczepić czegoś, co będzie odstawało zanadto i uwierało czytelnika w oczy.

Wiadomo – nie samym pisaniem człowiek żyje, pisarz poza tworzeniem, również czyta. Prywatnie, po jaką literaturę Pan sięga?

Sięgam po beletrystykę, zasypiam z książką, to od lat mój przedsenny rytuał. Prócz wymienionych wyżej nazwisk bardzo cenię większość książek Chutnik, Drotkiewicz, czy Witkowskiego. Mam też na półce wszystkie zbiory felietonów i fragmentów bloga wydanych przez Krystynę Jandę. Uwielbiam jej emocjonalne rozedrganie. Zagraniczne z całą pewnością Foer. „Strasznie blisko, niesamowicie głośno” to majstersztyk.

Woli Pan polskich czy zagranicznych autorów?  

Wstyd się przyznać, ale od kliku lat czytam prawie wyłącznie współczesną prozę rodzimą. Może łatwiej mi się utożsamić z Magdą, czy inną Kaśką niż Sharon? 😉 Polscy bohaterowie są mi bliżsi. Nie umiem z tego wybrnąć, tak po prostu jest.

Wiąże Pan z pisaniem swoją przyszłość?

Chciałbym zarobić stukaniem w klawisze na dwupokojowe mieszkanie w krakowskim starym podgórzu, ale gdy zaglądam na stan konta widzę, że póki co utrzymam z tego co najwyżej mojego kota, siebie już nie koniecznie. To bolączka wielu autorów, ludzie nie kupują książek. Pisanie jest jednak dla mnie czynnością na tyle naturalną, że nie mógłbym jej – wbrew swojej naturze – porzucić. Poza tym oszczędzam w ten sposób na terapeucie.

I na sam koniec krótkie pytanie – woli Pan książki w formie papierowej czy elektronicznej 😉 ?

Papierowej, gdyż jestem niuchaczem druku. Lew Starowicz określiłby to pewnie mianem jakiegoś

swoistego fetyszu. Snobuję się zresztą na posiadacza wielu książek. Nie ufam osobom, które nie mają w domu regału z książkami. Podejrzewam wówczas, że pewnie w przynależnym mu miejscu postawili szafę z trupem, beczkę na dzieci, albo coś w ten deseń. Czytnik mam, bo ze względu na stan zdrowia często przebywam w ośrodkach rehabilitacyjnych, a nie sposób podróżować z osobnymi torbami na książki i odzież. Czytając ebooki uwielbiam to, że zawsze jestem jakby na pierwszej stronie, nic mi się nie zamyka, nie mnie, nie wypadają zakładki i nie muszę wówczas odnajdywać zagubionej strony. Bardzo to wygodne. Brakuje mi tylko zapachu i zakreślania zdań, które wzbudziły zachwyt. No i okładka! Nie ma okładki, a przywiązuję do tego ogromną wagę! W tym względzie o „Zdobywców oddechu” zadbała Renata Loj – Lookarna i marzę o tym, by była to wieloletnia współpraca. Sami się przekonajcie jak pięknie jej wyszło!

Dziękuję, że znalazł Pan czas żeby odpowiedzieć  na kilka moich pytań J

Polecam się na przyszłość. Budowanie zdań to mój konik. Wiśta wio! 😉

Źródło: http://kasiaiksiazki.blogspot.de/2017/06/o-tym-jak-narodzili-sie-zdobywcy.html

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s